Kategorie: Wszystkie | Coppa del Mondo
RSS
czwartek, 29 lipca 2010

Dłuższy czas nie dodawałem wpisów, ale nie cieszcie się na zapas, bo to nie koniec mojego blogowania. Przenoszę swój warsztat do znacznie funkcjinalniejszego i ładniejszego Wordpressa. Zapraszam wszystkich serdecznie pod adres

http://piotrborkowski.wordpress.com

 

<script src="http://widgets.twimg.com/j/2/widget.js"></script>
<script>
new TWTR.Widget({
version: 2,
type: 'profile',
rpp: 5,
interval: 5000,
width: 250,
height: 300,
theme: {
shell: {
background: '#333333',
color: '#ffffff'
},
tweets: {
background: '#000000',
color: '#ffffff',
links: '#00eeff'
}
},
features: {
scrollbar: false,
loop: false,
live: false,
hashtags: true,
timestamp: true,
avatars: true,
behavior: 'all'
}
}).render().setUser('BorkowskiPiotr').start();
</script>

 

P.S Właścicieli blogów na których znajduje się link do RETE zachęcam do aktualizacji. Ja ze swojej strony obiecuje dodanie waszych kanałów RSS do siebie.

 

Ciao!

 

02:09, salernitano
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 lipca 2010

Ostatnio, niczym grom z jasnego nieba, uderzyła mnie wiadomość, że o krok podpisania kontraktu z włoską Fiorentiną jest polski golkiper Artur Boruc. Czy aby na sto procent jego przeprowadzka na Półwysep Apeniński jest trafną decyzją?

Plotki łączące byłego bramkarza warszawskiej Legii z Juventusem czy Violą traktowałem jak powietrze. Byłem przekonany, że to dziennikarskie kaczki, wymysły i dyrdymały, które bardzo często wypisują wyspiarscy żurnaliści. Futbol jednak potrafi zaskoczyć, jak się okazało, także poza arenami.

Gra Boruca w Fiorentinie pozostaje jednak wielką niewiadomą. Cieszę się, że nareszcie wyrwał się z nudnej ligi szkockiej, z której chciał dać nogę już dawno. Pozostaje pytanie, czy Boruc będzie we Florencji numerem jeden? W głównej mierze to zależy od tego, czy w klubie pozostanie Sebastien Frey. Jakiś czas temu, w jednym z wywiadów, Francuz zapowiedział jednak swoje pozostanie. Rzucił również, że jeśli do klubu sprowadzony zostanie nowy bramkarz, to będzie zmuszony przyzwyczaić się do wygodnego miejsca na ławce rezerwowych, do czego Artur Boruc podczas występów w Szkocji nie przywykł.

Cofnijmy się kilka lat wstecz. Boruc opuszcza warszawską Legię i rusza na podbój Wysp Brytyjskich. Jego jedynym realnym konkurentem w walce o bramkę Celticu był młodziutki David Marshall, który bardzo szybko odpuścił walkę i już pół roku po przybyciu Polaka został wypożyczony do angielskiego Norwich. Teraz Boruca czeka znacznie trudniejsze zadanie. Frey gra we włoskiej Serie A od dwunastu lat i zdążył sobie wyrobić opinie jednego z najlepszych grających tam golkiperów. Na niekorzyść wychowanka Cannes może działać tylko jego nieokrzesany charakter, bo umiejętności piłkarskich nikt mu nie odmówi. Nowy trener ekipy z Florencji, Sinisa Mihajlovic, niezwykle respektuje zasady dyscyplinarne i kontrowersyjne zachowanie francuza może nieco z tym kolidować. Warto nadmienić, że nasz rodak, mimo słodkiego pseudonimu "The Holy Golie" do świętoszków się nie zalicza i nie podda się bez walki.

Moim zdaniem Boruc nie przychodziłby do Florencji żeby siedzieć na ławce rezerwowych. Może wie coś, czego my nie wiemy?

14:21, salernitano
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 czerwca 2010

Szczerze powiedziawszy nie wiem od czego zacząć. Nadal, po kilkunastu godzinach, jestem w ogromnym szoku.

Wstyd! Paskudne Włochy. Wina Lippiego, piłkarzy i federacjiLa Gazzetta dello Sport

Wszystko Czarne! Najgorsze Włochy w historii poza mundialemIl Corriere dello Sport

Mozzarelle Azzurre! - Tuttosport

W porządku, wstęp mamy już za sobą. Włosi odpadli z rozgrywki o mistrzostwo świata, w nieciekawym, tragicznym, nieopisanie beznadziejnym stylu. Kogo to wina? Tak jak napisali dziennikarze Gazzetty, z pewnością wszystkich po trochu. Zaczniemy od pana trenera, Marcello Lippiego.

Gdy ostatecznie zdecydował o pozostawieniu w domu Cassano i Miccolego, przyjąłem to ze stoickim spokojem. W końcu to doświadczony trener i inteligentny facet, wie co robi. Na boiskach Republiki Południowej Afryki linia ataku istniała przez pięć minut, ostatnie pięć minut Włochów na tym turnieju. Wszyscy zaprezentowali się poniżej krytyki, może za wyjątkiem Fabio Quagliarelli, który dostał bardzo niewiele szans, a było widać, że dawał z siebie wszystko. No trudno, napastnicy grali źle, przydałaby się mała modyfikacja. Lippi zamiast atakujących, zmienia środkowego pomocnika i lewego obrońcę. Na boisku pozostaje Iaquinta, który przez cały mundial gra jak amator z A-Klasy. Lippi dla włoskiej reprezentacji zrobił wiele ale to już najwyższy czas na rozbrat z kadrą.

Trenera obsmarowałem, przechodzimy do sedna, czyli zawodników. Szkoda mi Buffona, bardzo. Marchetti nie spełnił pokładanych w nim nadziei, nie utwierdził narodu, że potrafi godnie zastąpić mistrza, szkoda. Bramkarz mimo wszystko ma na boisku najmniej do powiedzenia i to nie na nim skupię swoje nerwy. Obrona grała katastroficznie. Cannavaro to już nie ten sam Cannavaro co kiedyś. Popełnia masę błędów, totalnie infantylnych. Nie grał jak mistrz świata, zdobywca złotej piłki, były gracz Realu Madryt… pokazał co najwyżej klasę zastraszonego juniora. Chiellini miał swoje przebłyski, ale pokazał może 1/5 tego co potrafi naprawdę, nie wiem jak to możliwe. Boki obrony też nie funkcjonowały tak jak należy. Rzadko widzieliśmy ofensywne wejścia Zambrotty, Criscito też wolał spacerować przed własnym polem karnym. Pomoc… moje największe rozczarowanie. Środka drugiej linii w ogóle nie było, no może za wyjątkiem kilkunastu minut, kiedy na placu gry pojawił się Pirlo. De Rossi i Montervino zagrali poniżej wszelkiej krytyki i zawiedli totalnie, na całej linii. O ataku już pisałem, nie będę się powtarzać, bo zrobi się zbyt nudno.

Co dalej? Tego nie wie chyba nikt. Włoska piłka jest w totalnej rozsypce i przypomina grożącą zawaleniem ruderę, która właśnie runęła, rozpylając ogromne ilości kurzu i pyłu. Z pewnością nie da się jej już odbudować. Należy poczekać, aż pył opadnie, wywieźć zbędny gruz i postawić na jej miejscu nowy, piękny dom. Na stanowisko głównego inżyniera wywołany został Cesare Prandelli. Oby nie zapomniano o wylaniu solidnych fundamentów.

niedziela, 06 czerwca 2010

Czasy w których liga włoska była najlepszą ligą w Europie już dawno przeminęły. Od kilku lat to miano należy się angielskiej Premier League. Serie A może ponadto może podziwiać plecy hiszpańskiej Primera Division, gdzie nigdy nie brakuje spektakularnych transferów.

Nawiązałem do tego, gdyż nie potrafię pojąć jednej, prostej rzeczy. Czytając wczorajsze wiadomości przecierałem oczy z niedowierzenia. Angielskie Birmingham jest poważnie zainteresowane sprowadzeniem do siebie Fabrizio Miccolego z Palermo. Do cholery, jak to możliwe, że ubiegłoroczny beniaminek Premiership śmie marzyć o jednym z najlepszych włoskich napastników? No bez przesady… Fakt, sprawili sporą niespodziankę, zajęli stosunkowo wysoką, dziewiątą pozycję w lidze. Czy to wystarczy, żeby ukraść włoskiej lidze jednego z największych piłkarzy?

Żeby było jeszcze śmieszniej, prasa donosi, że Palermo oczekuje za swojego asa… pięć milionów euro. Śmiech na Sali. Dla porównania podobną kwotę oczekuje za Roberta Lewandowskiego poznański Lech. Bez żartów. Miccoli jest w sile wieku, prezentował niesamowitą formę i dziurawił siatki włoskich ekip chyba na wszystkie sposoby. Robert to utalentowany leszczyk, który może nigdy nie zbliżyć się do poziomu Miccolego. Pytanie – jaka jest mentalność włoskich klubów? Żeby ładnie zobrazować tę sytuację, odwrócę kota ogonem. Uwaga – na celowniku Parmy znajduje się Tevez, Defou, albo chociażby sezonowiec Bobby Zamora. Realne?

Być może to tylko plotki… ale sam fakt potencjalnego zainteresowania usługami Miccolego takim klubem jak Birmingham przyprawia mnie o mdłości.

Jak tak dalej pójdzie to najlepsi piłkarze z Serie A rozejdą się po całym świecie. Freyem zainteresowana jest Aston Villa, Maiconem Real Madryt i tak dalej… Oby właściciele włoskich klubów w porę poszły po rozum do głowy i nie zafundowali tego lata zagranicznym słabiakom wyprzedaży, niczym z ciucholandu.

13:45, salernitano
Link Komentarze (6) »

Z pięknymi panami w błękitnych trykotach jednak nie jest tak tragicznie. Udowodniła to wczorajsza potyczka z Helwetami, gdzie obie ekipy solidarnie zdobyły po jednej bramce. Warto nadmienić, że skład Włochów na to spotkanie był daleki od tego możliwie najmocniejszego, który zobaczymy na boiskach Republiki Południowej Afryki.

W bramce dano szansę Marchettiemu i bardzo dobrze. O ile De Sanctis prawie na pewno podczas turnieju (oby) nie zasiądzie nawet na ławce, o tyle rozgrzewka rezerwowemu golkiperowi na pewno wyjdzie na dobre. Przy bramce dla Szwajcarów miał bardzo niewielkie szanse na udaną interwencję. Walnie przyczynili się do tego obrońcy i napastnicy przeciwnika, którzy tłumnie zgromadzili się przed bramkarzem Cagliari i lecącą jak kula armatnia piłkę mógł dostrzec co najwyżej między nogami.

W defensywie nie zobaczyliśmy już Bocchettiego, który w głównej mierze zawalił porażkę z Meksykiem. Opaskę kapitańską przejął Zambrotta i ten fakt pozwolił mu chyba zaufać swoim umiejętnościom. Rozegrał naprawdę porządne zawody. Na boisko od pierwszych minut wybiegł największy walczak Azzurrich, Rino Gattuso i jak zwykł robić to dotychczas, pokazał ducha walki i zostawił na boisku sporo zdrowia. Kolejnym środkowym pomocnikiem, który zaprezentował się poprawnie był Riccardo Montolivo. W obliczu kontuzji Pirlo to właśnie gracz Fiorentiny ma chyba największe szanse na angaż w środku pola. Na prawej stronie zobaczyliśmy Cossu, który przecież wypadł z kadry podczas ostatnich cięć. Mimo zaawansowanego piłkarsko wieku nie jest ograny przeciwko silnym rywalom i w jego poczynaniach bardzo widoczna była swoista nieśmiałość.

Atak zupełnie odmieniony w stosunku do spotkania z Meksykanami. Duet Quagliarella – Pazzini z pewnością wypadł lepiej niż osamotniony Gilardino. Szczególnie ten pierwszy chciał zaprezentować się z jak najlepszej strony, co udokumentował bramką. Może i jego trafienie było trochę niecodzienne, może nieco pomógł Senderos, może trochę szczęśliwe… Fabio zaprezentował jednak wielki upór i zaangażowanie, dwukrotnie skacząc do piłki i w konsekwencji dopinając swego.

Cofnę się jeszcze raz do gola zdobytego przez grającego na co dzień w Udinese, Inlera. Szwajcar z łatwością minął rozpędzonego, powracającego Montolivo i precyzyjnym strzałem blisko lewego słupka, pokonał Marchettiego. Winy za tą bramkę nie ponosi chyba nikt. Po prostu Ilner zaprezentował swoje nieprzeciętne umiejętności.

Piłkarze już niebawem wsiądą w samolot i odbędą podróż na południowy skrawek Czarnego Lądu. Spotkanie ze Szwajcarami udowodniło, że porażka z Meksykiem, przynajmniej po części, rzeczywiście była spowodowana ogromnym zmęczeniem, po ciężkich treningach w górskim Sestriere. Ciepło, ciepło, cieplej… oby gorąco zrobiło się podczas spotkania z Paragwajem.


12:45, salernitano
Link Komentarze (1) »
piątek, 04 czerwca 2010

Słowo które doskonale obrazuje obecną sytuację reprezentacji Włoch. Po brzydkim meczu w nieciekawym stylu przegrali z Meksykiem 1:2. Do inauguracji mistrzostw pozostało siedem dni. Czy obrońcy tytułu mogą pozwalać sobie na takie wpadki?

Przed spotkaniem byłem przekonany, że Azzurri odniosą zwycięstwo. W końcu to przedostatni sprawdzian przed mundialem i każdy chce zaprezentować się z jak najlepszej strony. Jak widać, myliłem się. Przyznam się, że spotkania nie oglądałem, jednak po skrótach i relacjach nietrudno wyobrazić sobie prezencję włoskiej ekipy. Zagrali chaotycznie, bez pomysłu na grę, a bramki dla przeciwników padały po ewidentnych błędach, poruszającej się dziś jak mucha w smole, obrony. Gola zdobytego przez Bonucciego nie ma co wspominać. Padł w sporym zamieszaniu, po rzucie rożnym i nawet w najmniejszym stopniu nie zatarł słabego wrażenia.

Krytycy włoskiej reprezentacji, których w Polsce nie brakuje, zacierają ręce. Z pewnością wielu patrzyło na wynik z szyderczym uśmiechem na twarzy. Podczas trwania zgrupowania w Sestriere piłkarze zarzekali się, że trenują niezwykle ciężko, aby pokazać się w RPA z najlepszej strony. W każdym razie dziś z najlepiej zaprezentowali się kibice, którzy tłumnie przybyli na stadion w Brukseli.

Być może są zmęczeni, być może nie są ograni przeciwko silnym przeciwnikom… Ale na litość boską, do pierwszego meczu na mundialu zostało już bardzo niewiele czasu! Na dzień dzisiejszy reprezentacja dobrze prezentuje się jedynie na obrazku. Trzeba wieżyć, że tak jak w tytule, był to tylko falstart, trwający mgnienie oka koszmar...

 

00:24, salernitano
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 czerwca 2010

No i stało się, wczoraj około 22 trener włoskiej ekipy, Marcello Lippi, podał do wiadomości publicznej ostateczną listę powołanych na mistrzostwa świata. Większych niespodzianek raczej nie było, a decyzje trenera w znacznej części przewidziały wcześniej media.

Tak jak wszyscy przewidywali, Salvatore Sirigu zostaje w domu. Jego nazwisko widniało na wstępnej liście powołanych na turniej z czystego uznania za niesamowity postęp, który popełnił w ostatnich miesiącach. Nie lubię wybiegania zanadto w przyszłość, lecz wydaje mi się, że to on za kilka lat będzie bramkarzem numero uno w błękitnej bramce. Podczas turnieju na ławce rezerwowych powinien usiąść Marchetti, a alternatywą dla niego pozostanie doświadczony Morgan De Sanctis.

Z formacji obronnej wypadł Mattia Cassani, również zawodnik sycylijskiego Palermo. To, że Lippi zostawi go w domu, już kilka dni wcześniej, wywęszyła włoska prasa. Defensywa Azzurrich to mieszanka młodości z rutyną. Najbardziej doświadczeni są Cannavaro i Zambrotta. Tuż za ich plecami, kolejny pewny punkt reprezentacji, Giorgio Chiellini. Jako czwartego obrońcę, który wybiegnie w podstawowej jedenastce na mundialu, media typują Christiana Maggio z Napoli. Na pierwszą linię nie ma co narzekać.

Na mistrzostwa nie pojedzie pomocnik Cagliari, Andrea Cossu. Jego kariera ostatnimi czasy potoczyła się piorunująco szybko. Jeszcze dwa lata temu biegał po trzecioligowych boiskach w barwach Hellasu Werona. W wieku 29 lat zadebiutował w reprezentacji i jest to, jak dotychczas, jego jedyny występ w narodowych barwach. Sam w jednym z udzielonych wywiadów powiedział, że wyjazdu na mundial nie traktuje na poważnie. Nieco dziwi obecność Gattuso, no ale w końcu to stary znajomy Lippiego z mistrzowskiej gwardii. Z resztą, w reprezentacji zawsze prezentuje się przynajmniej poprawnie. Wszystko okaże się w praniu.

No i atak… krytykowany przez wszystkich, za wszystko. Czy jest aż tak słaby? Jeśli nie na w nim miejsca dla takich napastników jak Giuseppe Rossi, czy Boriello, to chyba odpowiedź nasuwa się sama. Di Natale - król strzelców Serie A, będący w niebywałej, życiowej formie. Gilardino… jak Gilardino, może nie jest wybitny technicznie, ale gdzieś dostawi nogę, tudzież głowę i przy odrobinie szczęścia może posłać piłkę do siatki. Kolejny z atakujących, Giampaolo Pazzini, również ma za sobą całkiem udany sezon. Fabio Quagiarella to zawodnik nietuzinkowy, obdarzony bombowym uderzeniem, potrafiący precyzyjnie strzelać z dystansu, na pewno się przyda. No i tylko Iaquinta tu nie pasuje… przyznam, że nie jestem jego szczególnym zwolennikiem, ale to w końcu blog i mam prawo być nieobiektywny w swoich sądach. Gość rusza się na boisku jak słoń, podczas sezonu więcej czasu spędzał u lekarza niż na boisku. Według mnie na powołanie zdecydowanie bardziej zapracował sobie młody Rossi, który rokrocznie strzela kilkanaście bramek w bardzo silnej Primera Division.

Krytyka, krytyką, ale jednego jestem stuprocentowo pewien – Lippi doskonale wie co robi. Każda jego decyzja jest przemyślana i nie bierze się znikąd. Na pierwsze wrażenia poczekamy do czwartku, kiedy to Włosi podejmą nieźle prezentujący się Meksyk. Forza Italia!

wtorek, 25 maja 2010

Ósmego maja ubiegłego roku AS Bari, na przekór przedsezonowym zapowiedziom, wywalczyło awans do Serie A. Wtedy po raz pierwszy Antonio Conte pojawił się na ustach kibiców jako trener. Piłkarzem był z pewnością ponadprzeciętnym. Przez trzynaście lat bronił biało-czarnych barw Juventusu, kilka sezonów dzierżąc opaskę kapitana. Fakt wprowadzenia raczej średniej drużyny na pierwszoligowe boiska sprawił, że eksperci zaczęli dostrzegać w nim spory potencjał, również jako szkoleniowca.

Wraz z końcem sezonu wokół ówczesnego trenera apulijskiej drużyny zrobił się niesamowity, medialny szum. Plotki łączyły go głównie z Juventusem, dla którego bardzo wiele zrobił jeszcze jako piłkarz. Ostatecznie Conte uciął wszelkie spekulacje i, ku pokrzepieniu serc kibiców Bari, przedłużył swój kontrakt z klubem. Niespełna dwa tygodnie później jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość, że umowa trenera została rozwiązana za porozumieniem stron. Oficjalną przyczyną były różnice zdań pomiędzy nim, a zarządem w wizji prowadzenia klubu. Być może miał nadzieję na angaż w solidnym ligowcu. Później na łamach włoskiej prasy chwalił się propozycjami z zagranicy. Ciągle czekał na ofertę, którą wysunie klub z Serie A. Sezon się zaczął, a Conte nadal pozostawał na bezrobociu. W Juventusie został Ciro Ferrara, a Bari ostatecznie poprowadził Ventura. Na własne życzenie znalazł się na lodzie.

21. września ze stanowiska szkoleniowca Atalanty, po czterech inaugurujących sezon porażkach, zwolniony został Angelo Gregucci. Kilka godzin później było wiadome, że jego miejsce zajmie Antonio Conte. Cel postawiony przez zarząd był prosty – utrzymanie w lidze. Zaczął całkiem nieźle, przełamując fatalną passę i nie przegrywając pięciu kolejnych meczów w lidze. Potem było już tylko gorzej. Na osiem spotkań, jego podopieczni przegrali aż sześć. Nie wystarczył remis z mistrzowskim Interem. Conte pożegnał się z posadą, a dziurę po nim zalepiono doświadczonym Bortolo Muttim.

Debiutancka przygoda Antonio Conte z Serie A nie należała do udanych. W przyszłym sezonie wszystko zacznie się od nowa, gdyż przyjął ofertę spadkowicza ze Sieny. Moim zdaniem jest to dla niego posada wręcz idealna. Toskańczycy mają bowiem silnego sponsora i ciekawe perspektywy na przyszłość. Ponadto, jak na drugoligowe realia, posiadają silną kadrę, a pan prezes Mezzaroma z pewnością nie zapomni o wzmocnieniu swojego klubu podczas letniego mercato. I wszyscy zadowoleni. Conte nabierze więcej doświadczenia, a Siena, przy odrobinie szczęścia i zdrowego rozsądku, wróci na pierwszoligowe podwórko. Oby tylko Antonio nie popełnił tych samych błędów i miejmy nadzieję, że nowa historia, wbrew przeszłości, zakończy się happy endem.

20:08, salernitano
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 maja 2010

Projektanci amerykańskiego giganta ostatnio szaleją, o czym mięli już nieprzyjemność się przekonać kibice reprezentacji Polski. Dziś po raz pierwszy  zobaczyłem projekt koszulki Nike dla Interu na przyszły sezon. Pierwsze wrażenie druzgocące.

Inter przez ostatnie kilkadziesiąt lat był wierny tradycyjnym, czarno-granatowym pasom. To nieodłączny symbol klubu. Projektanci Nike zaserwowali kibicom Interu ich szokującą koncepcję. O ile z daleka wyglądają jakby były rozmyte i kibice oglądający mecz z trybun mogą zrzucić ich prezencję na kłopoty ze wzrokiem, o tyle z bliska, według mnie, są tragiczne. Celem designerów była jak najprawdziwsza imitacja łusek węża, czyli Il Biscione, który przypomina bazyliszka. Oglądając zdjęcie koszulki w zbliżeniu miałem jednak nieodparte wrażenie, że patrzę na coś przypominającego bardziej dziadkowy sweter, z rombami jako motywem przewodnim, niż skórę drakońskiego potwora. Jest to z pewnością pomysł innowacyjny, co nie znaczy, że trafiony.

Koszulka wyjazdowa również prezentuje się bardzo awangardowo. Po śnieżnobiałym tle pełza bohater stroju domowego, a więc Il Biscione. Na lewym rękawie z otwartą paszczą dumnie zieje ogniem. To chyba ku przestrodze przeciwników. Mimo wszystko drugi ze wzorów i tak prezentuje się o niebo lepiej niż podstawowy.

Celem projektantów było zapewne przypomnienie historii w nowoczesny sposób. Motyw węża pojawiał się na koszulkach Nerrazzurrich w latach osiemdziesiątych. Il Biscione, tak jak wcześniej wspomniałem, jest jednym z motywów i zarazem nieco mniej znanym przydomkiem mediolańskiej drużyny. Koszulki zaprezentowane przez Nike moim zdaniem nie znajdą uznania w oczach kibiców i w przyszłym roku będziemy oglądać klasyczne pasy. Oby strój alternatywny nie był np. koloru różowego, drżyjcie narody.

Już się boję co panowie z Nike wymyślą dla innych, wielkich ekip. Kto wie, być może Juventus będziemy oglądać z biało czarnymi pasami na skos, a londyńskich kanonierów z armatą na brzuchach?

19:51, salernitano
Link Komentarze (2) »
sobota, 22 maja 2010

Emocje powoli opadają, ale to, co kilka miesięcy temu pozostawało w sferze marzeń, dzisiejszego wieczoru stało się faktem. Inter po raz trzeci w swojej historii zdobył Puchar Europy. Spotkanie rozgrywane na słynnym Santiago Bernabeu było niesamowite. Nie było tam może wielkiej finezji, ale z pewnością nie oglądaliśmy także piłkarskich szachów. Być może po tym spotkaniu wyjdzie z mody, tak bardzo ukochane ostatnio przez dziennikarzy, słowo „antyfutbol”.

Inter był dziś zespołem lepszym praktycznie pod każdym względem. Piłkarze Mourinho zagrali tak, jak już nas do tego przyzwyczaili. Niezwykle konsekwentnie i odpowiedzialnie w defensywie i zarazem skutecznie i bezlitośnie w ataku. Van Gaal ustawił swój zespół głównie pod Robbena, który rozegrał naprawdę niesamowite zawody. Grający na lewej obronie Chivu zupełnie sobie z nim nie radził. Futbol to jednak gra zespołowa i Holenderski pomocnik w pojedynkę nie miał żadnych szans z grającą jak komputer ekipą Nerrazzurrich. Bawarczycy teoretycznie lepiej prezentowali się w ofensywie, lecz zdecydowanie brakowało kogoś, kto wepchnie piłkę do siatki. Z kolei mediolańczycy okazji mięli nieco mniej, ale wykorzystywali je z iście chirurgiczną precyzją.

Ten wieczór należał do Diego Milito. Bramkostrzelny napastnik włoskiego klubu dał Interowi trzecie trofeum – to najcenniejsze. Wcześniejsze bramki na wagę Coppa Italia z Romą i mistrzostwa ze Sieną były bardzo ważne, ale te zdobyte dzisiaj wyeksponowały całemu światu kunszt Argentyńczyka. Jeszcze nigdy nie widziałem piłkarza, który tak fenomenalnie gra tyłem do bramki, pod kryciem, praktycznie uniemożliwiając przeciwnikowi odbiór piłki. Jego kariera w ostatnim czasie nabrała niesamowitego tempa. Jeszcze dwa lata temu strzelał gole dla Saragossy, z którą spadł do drugiej ligi. Przed rokiem bronił barw ówczesnej rewelacji z Genoi, gdzie z 24 golami zajął trzecie miejsce w klasyfikacji najlepszych strzelców. W premierowym sezonie, broniąc barw Nerrazzurrich, został bohaterem w finale Champions League. Jakiś czas temu pewnie nawet o tym nie śnił. Na chwilę po zakończeniu spotkania w wywiadzie na gorąco powiedział, że ma nadzieję na pozostanie w Interze, ale w futbolu niczego nie można być pewnym.

Podopieczni Jose Mourinho byli ustawieni dziś niezwykle plastycznie, dopasowując się do poczynań przeciwnika. Gdy tracili piłkę, błyskawicznie formowali formację defensywną, niekiedy broniąc w dziesięciu. Zrezygnowali z czasochłonnych ataków pozycyjnych i postawili na szybkie kontry, popierane bezpośrednimi podaniami do Milito.

Po odniesionym zwycięstwie pojawia się jeszcze więcej pytań niż przed finałem. Główne brzmi: czy mourinho odejdzie do Realu? Jak to kilkakrotnie, podczas telewizyjnej transmisji mówił Zibi Boniek, pożyjemy - zobaczymy. Ten sezon, ta noc, należy teraz do sympatyków Interu. Pozazdrościć Massimo Morattiemu, który, jak niegdyś przed laty jego ojciec, będzie pozował do pamiątkowego zdjęcia z Pucharem Europy, które zawiśnie w gablocie klubowego muzeum.

23:52, salernitano
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2


polska 
baza stron
Blogi Sportowe
stat4u